Tajniki zawodu fryzjera poznawał w pracowni słynnej stylistki Jagi Hupało. Od kilkunastu lat prowadzi własny salon w Nowej Rudzie. Potrafi stworzyć z włosów prawdziwe dzieła sztuki. Jego talent był kilkakrotnie doceniany podczas branżowych konkursów i zawodów. Ma na swoim koncie m.in. tytuł Stylisty Roku. W swojej codziennej pracy w salonie kieruje się prostotą i elegancją.
Co jest dla Pana cenne, fascynujące w wykonywanym zawodzie?
Robert Wypych: Fascynuje mnie przede wszystkim pierwiastek twórczy i ciągły kontakt z ludźmi. Uwielbiam efekt końcowy swojej pracy i dla niego jestem skłonny bardzo się poświecić. Jak w każdym zawodzie, tak i we fryzjerstwie można być dobrym rzemieślnikiem albo artystą. Ja zaliczam się do tychdrugich, ponieważ fryzjerstwo to dla mnie także sztuka. Moje autorskie kolekcje: „Apanaczi”, „Heban”, „Etna” i „Ladakh” chyba można określić mianem małych dzieł sztuki.
Pamięta Pan, kiedy zaczął interesować się fryzjerstwem?
R.W.: Moja mama żartuje, że urodziłem się z grzebieniem w ręce. Już jako mały chłopiec chciałem zostać fryzjerem. Jest to moja życiowa pasja. Wiem, że wybrałem właściwą drogę życiową.
A jak wspomina Pan swoje początki w zawodzie? Były momenty trudne, kiedy zastanawiał się Pan, czy to był właściwy wybór?
R.W.: W zawodzie pracuję od 1996 roku. Odkąd zacząłem naukę, intensywnie pracuję. Na praktyki w szkole fryzjerskiej dostałem się do już wtedy znanej Jagi Hupało. To pod jej okiem stawiałem pierwsze kroki fryzjerskie. Początki były trudne raczej pod względem kondycji fizycznej, bo ta praca nie jest lekka, zwłaszcza dla kręgosłupa i nóg, które często dają się we znaki. Jednak wątpliwości, czy dobrze wybrałem, nie było. Jaga natychmiast zaszczepiła we mnie ambicję, żeby się nie poddawać i nie ograniczać twórczo.
Czy to właśnie Jaga Hupało była Pana mistrzem – osobą, która miała wpływ na kształtowanie
Pana poglądu na sztukę fryzjerską?
R.W.: Tak, już na początku mojej drogi Jaga była dla mnie mistrzem. Jako nastolatek, miałem przyjemność obcowania z człowiekiem sukcesu, a sukces jest zaraźliwy. Pozostali moi mistrzowie pozostawali już dla mnie w sferze nieosiągalnej. Ich pracę miałem możliwość śledzić tylko w branżowych magazynach. Takimi osobami są dla mnie Vidal Sassoon czy Leszek Czajka.
Co było dla Pana szczególnie cenne we współpracy z tą cenioną stylistką?
R.W.: Najcenniejsze było to, że miałem możliwość poznać tak wspaniałą stylistkę we wczesnym okresie
mojej pracy zawodowej. Ja byłem wtedy pełen zapału do nauki i chłonąłem wszystko jak gąbka. Jestem pewny, że właśnie ten moment miał ogromny wpływ na kształtowanie mojej osobowości i mojego charakteru zawodowego. Jestem naprawdę szczęśliwy z tego powodu, że mogłem uczyć się od wybitnej, twórczej osoby, która jest otwarta na świat. Ona swoim przykładem wznieciła we mnie nadzieję, że również ja, osoba z małej miejscowości, mam szansę zaistnieć w branży fryzjerskiej. Nie wiem, jak potoczyłyby się moje losy, gdybym na praktykę trafił pod skrzydła osoby ograniczonej tylko do tego, czego nauczyła ją szkoła.
Ma Pan na swoim koncie udział w wielu konkursach i zawodach. Które z nich miały największy wpływ na rozwój Pana fryzjerskiej kariery?
R.W.: Wszystkie sukcesy w konkursach są dla mnie ważne, ponieważ przychodziły stopniowo w różnych
momentach mojego życia. Te zwycięstwa były kolejnymi szczeblami, które pokonywałem w swojej pracy zawodowej. W 2003 roku zostałem Mistrzem Dolnego Śląska, wielokrotnie nagradzany byłem w konkursie Trend Vision Award organizowanym przez Wellę. Jedną z najważniejszych jest wygrana w międzynarodowym konkursie w Madrycie, w którym udział brali fryzjerzy z 23 państw Europy. W listopadzie 2010 branżowy magazyn „Świat Fryzjerstwa” przyznał mi tytuł Stylisty Roku. Kolejny przełom w mojej pracy to także fakt, że jedna z fryzur kolekcji „Heban” ukaże się w reklamie prasowej oraz kalendarzu profesjonalnej firmy kosmetycznej.
A był taki moment, kiedy pomyślał Pan: „jestem naprawdę dobrym stylistą”?
R.W.: Momentu, w którym myślałbym „jestem naprawdę dobrym stylistą”, jeszcze nie było i nie dopuszczam takich myśli do siebie. Mogłoby to oznaczać, że spocznę już na tym, co osiągnąłem. A ja sądzę, że mam jeszcze wiele do zrobienia i jednocześnie wiem, że są lepsi ode mnie. Znam swoje miejsce w szeregu (uśmiech). Ale nie znaczy to, że się z nim godzę. Dlatego wciąż rozpalam w sobie energię twórczą i chęć do pracy, bo tylko takim sposobem mogę się przebijać w górę. Przyznam jednak, że były takie małe ułamki czasu, kiedy przemknęło mi przez myśl „jestem dobrym stylistą”. To chwile, kiedy wygrywałem międzynarodowe konkursy czy kiedy przygotowany przeze mnie show w Katowicach zebrało niezwykle pochlebne recenzje. Były to momenty, które niesamowicie nakręcały mnie na przyszłość.
Jakie cechy i predyspozycje pomagają odnieść sukces w tym zawodzie?
R.W.: Podstawą jest niewątpliwie talent. Do tego potrzebnych jest kilka takich cech, jak na przykład: pracowitość, konsekwencja w działaniu, otwartość na ludzi, ciekawość świata, artystyczna dusza. Moim zdaniem te cechy muszą występować u fryzjera jednocześnie już na samym początku nauki i muszą utrzymać się potem w pracy w zawodzie.
To recepta na to, żeby się rozwijać, a nie zatrzymywać się w miejscu. Trzeba też umieć wykorzystać energię płynącą z każdego małego sukcesu. Wiem, że należy ją łapać natychmiast i zaraz brać się za kolejny projekt, zanim ta energia się rozejdzie i wypali. Poza tym każdy też, sam najlepiej znając siebie, musi szukać swojej indywidualnej drogi dojścia do sukcesu.
Fryzjerstwo wymaga ciągłego szkolenia się oraz zdobywania nowych umiejętności. Gdzie najczęściej doskonali Pan swój zawodowy warsztat?
R.W.: Warsztat doskonalę przede wszystkim na szkoleniach, w których uczestniczę zarówno w kraju, jak i za granicą. Ale nic nie procentuje takim rozwojem i szlifowaniem warsztatu, jak codzienna praca i przygotowania do konkursów czy pokazów. Od zawsze interesuję się modą, sztuką i nowymi trendami, to pozwala mi mieć ciągle otwarty
umysł i świeże spojrzenie na fryzjerstwo. Do tego, co zamierzam osiągnąć w efekcie finalnym, dochodzę niekiedy metodą prób i błędów. Wyciąganie wniosków to dla mnie świetna szkoła. To się chyba nazywa elementem samodoskonalenia
(uśmiech). Ale zapewniam, że nie eksperymentuję na klientkach.
Jak powstają Pańskie kolekcje fryzur, skąd czerpie Pan pomysły i inspiracje?
R.W.: Mogę powiedzieć, że często stylizację potrafię sobie po prostu wyśnić. Jestem jednym z tych szczęściarzy na świecie, którym dużo się śni i to na kolorowo. Często w podróży na szkolenia nadrabiam zaległości: czytam, słucham muzyki, oglądam filmy, rozmyślam i planuję. A trasa z Nowej Rudy do Warszawy jest naprawdę długa (uśmiech). Jak się tak oderwę od rzeczywistości, to pojawiają się w mojej głowie różne pomysły. Staram się je gdzieś zapisać i wracam do nich, kiedy przychodzi pora na kolejne wyzwanie.
Co zdecydowało o tym, że postanowił Pan otworzyć swój salon w Nowej Rudzie? Nie myślał Pan nigdy o tym, aby przenieść się do większego miasta?
R.W.: Mieszkam w Nowej Rudzie, bo o miejscu na ziemi przede wszystkim stanowią ludzie. Tu mam rodzinę i przyjaciół, i bez względu na różne zawirowania tu jestem spokojny o swoje jutro. Jestem też dowodem na to, że wbrew pozorom, to miasto można lubić. Dwa lata temu zdecydowałem, że mój nowy salon powstanie też w tym mieście
– przy głównej trasie Wałbrzych-Kłodzko, i jestem bardzo zadowolony z tej lokalizacji. Mam nadzieję, że moje atelier jest taką małą perełką w Nowej Rudzie. A do Warszawy czy innego miejsca na świecie zawsze mogę dojechać i zostać
tam tak długo, jak będę miał ochotę czy jak będzie to konieczne.
Na co zwraca Pan uwagę, proponując swojemu klientowi fryzurę?
R.W.: Inspiruje mnie przede wszystkim człowiek i to na nim się skupiam. Aby dobrać odpowiednią fryzurę, muszę zwrócić uwagę nie tylko na cechy fizyczne, ale też na osobowość i typ charakteru. W tym fachu trzeba być również dobrym psychologiem i przeprowadzić delikatny wywiad – wypytać co kto lubi, w czym czuje się dobrze, gdzie pracuje. Na fryzurę wpływ ma wiele czynników, nie tylko wygląd zewnętrzny i typ twarzy.
Z jakimi klientami woli Pan pracować: z tymi, którzy przychodzą do salonu z gotowym pomysłem na swoje uczesanie, a może z tymi, którzy zawierzają fryzjerowi i zdają się wyłącznie na jego propozycje?
R.W.: Trudno powiedzieć. Wolę pracować z ludźmi po prostu ciekawymi i radosnymi, którzy chętnie otwierają się na propozycje. Często jest tak, że na siebie trudno spojrzeć obiektywnie i wyobrazić sobie znalezioną w gazecie fryzurę na własnej głowie. Mnie jest łatwiej zrobić osąd przed przystąpieniem do pracy. Zawsze wysłuchuję opinii klientek i doradzam coś swojego. Często zdarza się, że ostrożne tradycjonalistki za moją namową decydują się na zaproponowaną przeze mnie odważną fryzurę.
Jaka jest Pana definicja pięknych włosów?
R.W.: Piękne włosy są po prostu naturalne, zdrowe i lśniące. Z pięknem nie ma nic wspólnego długość. Takim kanonem ogólnie przyjętym są oczywiście włosy bajecznie długie, takie oczywiście zachwycają i mnie. Jednak czasem „piękno” trzeba umieć znaleźć gdzieś pośrodku. Warto na przykład skrócić włosy i pozbyć się zniszczonych końcówek. Proszę mi wierzyć, że nawet najbardziej naturalnie wyglądające włosy też potrzebują ręki fryzjera.
Co jest Pana zdaniem szczególnie ciekawe w trendach obowiązujących obecnie we fryzjerstwie?
R.W.: Ciekawa jest różnorodność. Teraz właściwie wszystko może być modne, jeśli tylko się to dobrze uzasadni i jeśli fryzura będzie współgrała z osobowością i stylem ubierania. Jeżeli chodzi o fryzury ulicy, to ja jednak mam największą słabość do trendów popierających naturalny wygląd włosów, nieobciążonych środkami do stylizacji. A w tych z pokazów doceniam misterną pracę i tajemnicę efektu końcowego.
Jakie są Pana zawodowe plany i marzenia?
R.W.: Moje marzenie to być szczęśliwym człowiekiem, mieć w sobie energię twórczą, siłę i chęć do pracy oraz zdrowie. A jeśli chodzi o plany, to wkrótce wydam kolekcję fryzur pt. „Kontynenty Świata”, w której zaprezentuję Amerykę, Afrykę, Europę, Australię i Azję, przy czym Azja przedstawiona będzie na głowie rodowitej Azjatki. W najbliższym czasie planuję zaprezentować autorski pokaz fryzur połączony ze stylizacją strojów scenicznych.
Wyobraża Pan sobie, że mógłby teraz zająć się czymś innym niż fryzjerstwo?
R.W.: Nie wyobrażam sobie, żebym mógł porzucić fryzjerstwo, ale wyobrażam sobie, że mógłbym zająć się też czymś innym. Jednak z pewnością musiałyby być to zajęcia twórcze, umożliwiające kontakt z ludźmi, których efekt końcowy byłby dla mnie widoczny i sprawiał mi radość. Może mogłoby to być przygotowywanie sesji zdjęciowych, projektowanie ubrań lub aranżacja wnętrz.
Źródło: Hair Club






